Głównym celem wyjazdu był spływ największą rzeką Korei Południowej – Naktong Gang. Nasze założenia zrealizowaliśmy tylko częściowo, głównie ze względu na niespodziewane nadejście dwóch tajfunów. Zdołaliśmy jednak poczynić ciekawe obserwacje ptaków i odczuć klimat wschodnich rubieży Eurazji.

Przelot samolotem wraz z międzylądowaniem w Monachium zajął nam ok. 17 godzin. Stolica Korei Południowej przywitała nas całkowitym zachmurzeniem i dużą wilgotnością powietrza. Dość szybko udało nam się złapać połączenie kolejowe do Ankdong – miejscowości skąd planowaliśmy spływać i już wieczorem spuściliśmy kajaki na wodę. Następnego dnia wszystko układało się pomyślnie, nie zapowiadając późniejszych trudności. Zobaczyliśmy kilka nowych gatunków: pliszkę dużą Motacilla grandis, dużego i kolorowego zimorodka – łowca czarnogłowego Halcyon pileata, ciemno ubarwioną kraskówkę azjatycką Eurystomus orientalis oraz lokalnego bilbila – szczeciaka rudouchego Hypsipetes amaurotis. Z innych rzadszych gatunków, znanych nam z Chin, obserwowaliśmy: kaczkę pstrodziobą Anas poeciloryncha, turkawkę wschodnią Streptopelia orientalis, sieweczkę długodziobą Charadrius placidus, czaplę białoskrzydłą Ardeola bacchus, czaplę zielonawą Butroides striatus, wilgę chińską Oriolus chinensis i ogonatkę czubatą Paradoxornis webbianus.

Choć Korea należy do silnie zaludnionych rejonów globu (niespełna 500 osób/km2 – 4 razy więcej niż w Polsce), wybrany przez nas fragment kraju wydawał się dziewiczy. Rzeka naturalnie meandrowała pośród porośniętych lasem wzgórz. Sielskość burzyły jednak niezaznaczone na mapie progi wodne, znienacka przegradzające koryto. Pokonywaliśmy je przy pomocy różnej konstrukcji przepławek, które z pewnością nie zaplanowano do spływów.

Generalnie gatunków wodno-błotnych nie było zbyt wiele, a do najliczniejszych należały: czapla biała Egretta alba, czapla nadobna Egretta garzetta oraz mandarynka Aix galericulata. Oprócz ptaków mogliśmy podziwiać zabytkową zabudowę, co nieczęsto zdarza się podczas spływów. Przepływaliśmy na przykład przy wiosce Haheo-ri, w której ludzie żyją w prawie niezmienionej scenerii od trzech wieków.

Podczas kolejnego noclegu dały się słyszeć pohukiwania puchacza Bubo bubo oraz charakterystyczne 3-sylabowe głosy syczków indyjskich Otus sunia. Pomimo przelotnych opadów udało nam się upiec przy ognisku wcześniej złowione ryby. Po raz pierwszy mieliśmy okazję próbować pieczonych brzan – niezbyt smaczne. Już po powrocie do Polski dowiedzieliśmy się, że ich mięso w okresie tarła jest trujące.

Następne dni przyniosły więcej deszczowych chmur, więc przemieszczaliśmy się "żabimi skokami", licząc na ustąpienie niekorzystnej aury. W którymś momencie poranny letarg brutalnie przerwała nam woda wdzierająca się do namiotu. Fala powodziowa nie była gwałtowana, ale i tak porwała drobne rzeczy spod tropiku. Do Morza Chińskiego odpłynęły: trzy pary butów, plastikowy kubek, wędka i jeszcze kilka innych, drobnych przedmiotów. Na szczęście udało się pochwycić uwolniony przez powódź i spragniony wolności kajak. Najgorszą stratą była para wioseł, przede wszystkim dlatego, że akurat byliśmy rozbici na szybko znikającej pod wodą wyspie. Błyskawicznie zwinęliśmy ocalały dobytek i w deszczu, z powiązanymi kajakami, płynęliśmy z falą powodziową jeszcze kilka kilometrów do najbliższej miejscowości. Po drodze jakimś cudem przechwyciliśmy wiosło, zaklinowane w gałęziach zatopionych krzewów. Na chwilowe refugium zaanektowaliśmy nadrzeczną "świętą wiatę". Z bałaganu, który tam narobiliśmy nie byli zadowoleniu lokalni mieszkańcy, którzy pojawiali się co chwilę, zwracając nam uwagę i pouczając nas jak należy sprzątać to "sprofanowane" przez nas miejsce.

Znając realia powodziowe, wiedzieliśmy, że nie mamy co liczyć na dobre warunki przez najbliższe dni. Niemając żadnej alternatywy, postanowiliśmy zrobić szybki birdwatcherski desant na wyspy japońskie. Dość sprawnie dotarliśmy do portowego miasta Busan, a stamtąd promem do Fukuoki na Kiusiu. Nocny rejs trwał ok. 8 godzin. Na miejscu przywitała nas słoneczna pogoda, co w oczywisty sposób wpłynęło na poprawę humorów. Radość nie trwała długo, bo okazało się, że ze względu na koncert rockowy, w żadnym z cenowo dostępnych dla nas hoteli nie było wolnych miejsc. Ruszyliśmy zatem w głąb wyspy do Kumamoto, gdzie w końcu udało nam się (choć z różnymi problemami w porozumiewaniu) dostać wolne pokoje. Dość spontanicznie wybraliśmy cel wycieczki na "łono przyrody". Był nim czynny i dymiący wulkan Aso San. Gdyby nie przypadkowo spotkany tamtejszy turysta, który pomógł nam w zawiłościach transportowych, trudno byłoby nam tam dotrzeć. Zajechaliśmy na miejsce przy dobrej pogodzie, ale w czasie powrotu już zaczynała zmieniać się na gorsze. Nadchodzące niskie chmury i wzrost stężenia trujących wyziewów spowodowały nawet dynamiczną ewakuację przez służby porządkowe wszystkich turystów. Jedynym ciekawym gatunkiem widzianym w tym dniu był sokół wędrowny Falco peregrinus, który nic sobie nie robił z niezdrowych oparów siarki, wydobywających się z krateru.

Wieczorem wybraliśmy się na degustację potraw japońskich. Spożywanie tradycyjnych dań lokalnej kuchni wymaga przełamania wpojonych nawyków kulinarnych. Suszi z różnymi fragmentami surowej ryby (w tym wątroby) i kalmarów czy zupka na wodorostach z surowym jajkiem zapewniły nam niecodzienne doznania. W konsekwencji pojawiła się permanentna biegunka, skłaniająca nas do wprowadzania w czyn hasła – "stoperan najlepszym twoim przyjacielem jest". Do dolegliwości pokarmowych dołączyła narastająca obawa przed zapowiadanym w mediach tajfunem o nazwie Bolaven. Złe przeczucia ziściły się na przystani promowej, gdzie dowiedzieliśmy się o odwołaniu wszystkich rejsów w ciągu następnych dwóch dni. Pozostało nam tylko cierpliwie czekać, wykorzystując czas na penetrację pobliskich środowisk. W parku miejskim w Hakacie widzieliśmy wrony wielkodziobe Corvus macrorhynchus, szpaki szare Sturnus cineraceus i bogatki wschodnie Parus minor. Pomimo silnego wiatru i opadów deszczu wybraliśmy się na wybrzeże, ale jedynym wartym odnotowania gatunkiem była terekia Xenus cinereus.

Na powrót do Korei Południowej był tylko jeden dzień, gdyż tuż za odchodzącym Bolavenem zbliżał się kolejny tajfun. Rejs promem odbył się w ciągu dnia, więc mogliśmy do woli napatrzeć się na żerujące burzyki kreskowane Calonectris leucomelas. Wciąż uparcie trzymaliśmy się myśli o dokończeniu przerwanego spływu, ale szanse były coraz mniejsze. Nasze wątpliwości definitywnie rozwiały się, gdy zobaczyliśmy szeroko rozlaną rzekę w planowanym miejscu startu w mieście Daegu. W dodatku pogoda pogarszała się, zwiastując nadejście kolejnej zawieruchy. Czyli nici z pływania. Nie mogąc wysiedzieć w hotelu, w strugach deszczu wybraliśmy się do buddyjskiego klasztoru Haein-sa, wpisanego na listę UNESCO. Plusami tej wycieczki były: zupełny brak innych turystów oraz obserwacja sikory rdzawej Parus varius.

Powoli zbliżał się termin odlotu, więc chcąc – nie chcąc, przemieściliśmy się do Seulu. Zgiełk miejski nie przypadł nam do gustu i dlatego pojechaliśmy na wybrzeże do miejscowości Oepo-ri. Widzieliśmy tam mewy japońskie Larus crassirostris i czaple żółtodziobe Egretta eulophotes, a także policyjną akcję wyławiania topielca (efekt tajfunu?). Troszkę zawiedzeni poczynionymi obserwacjami postanowiliśmy posmakować lokalnych dań z owoców morza. Przy większość tamtejszych lokali funkcjonowały akwaria z rozmaitymi żyjątkami i można było wybrać posiłek pokazując palcem. Na początku zdecydowaliśmy się na krewetki, które usmażono w głębokim tłuszczu. Były całkiem niezłe, więc podnieśliśmy poprzeczkę i zamówiliśmy dwie nieznane nam, wielkogębe ryby oraz porcję jednego z przedstawicieli osłonic Tunicata, które wyglądały na żachwy Ascidiacea. Mieliśmy jeszcze do wyboru inny rarytas – coś w rodzaju strzykwy, ale skojarzenia z embrionami świnek morskich raczej wykluczały spożycie. Do zamówionych specjałów na początku dostaliśmy obowiązkowe kimczi, czyli zestaw ostrych kiszonek. Jednak główny posiłek okazał się zaskoczeniem. Przypuszczaliśmy, że tak jak w przypadku krewetek, potrawy zostaną poddane obróbce termicznej. Z szerokim uśmiechem pani, sprawująca jednocześnie funkcję kelnerki, kucharki i kasjerki, podała nam surowe kawałki ryb, które należało moczyć w sosie sojowym i zwijać w liście ichniejszej pokrzywy. Oczywiście poporcjowane żachwy też były surowe i smakowały jak słone, lekko galaretowate "fluki" przyprawione mułem (choć na talerzu prezentowały się nawet znośnie). Przezwyciężając lekkie odruchy torsyjne udało nam się uszczknąć kilka kęsów. Wbrew obawom nie odczuwaliśmy rewolucji żołądkowych po tej degustacji.

Dzień przed odlotem wypogodziło się (jak na złość!) i nie musieliśmy już martwić się odwołanymi lotami. Po wizycie w Korei Południowej i Japonii czujemy lekki niesmak, nie tylko ze względu na jedzenie, ale przede wszystkim na niezrealizowany do końca cel naszego wyjazdu i stosunkowo mało interesujących gatunków. Głównym czynnikiem sprawczym była nieprzychylna pogoda. Przy planowaniu wyjazdu braliśmy pod uwagę sezonowe monsuny, ale pojawienie się dwóch tajfunów w krótkim okresie czasu zupełnie nas zaskoczyło. Tym niemniej wyprawa przysporzyła nam wielu nowych przygód i doświadczeń.

Uczestnicy wyprawy: Artur Goławski, Zbigniew Kasprzykowski, Cezary Mirtus, Tomasz Stański.

Tekst: Zbigniew Kasprzykowski
Zdjęcia: Artur Goławski, Zbigniew Kasprzykowski

banerruch

Ilość odwiedzin

2099368
DzisiajDzisiaj9
WczorajWczoraj556
TydzieńTydzień9
MiesiącMiesiąc6314